masha blog

Twój nowy blog

że co?

Brak komentarzy

nie spoko, nie zawiesiłam znowu wszytskiego na kołku. jedynie się przeprowadziłam. w razie czego jestem teraz tu.

w przejściu podziemnym pod rotundą powiesili nowe soczyste tablice naprowadzające wynurzających się na powierzchię. czy to sprawia, że znosi mi się tę zimę lepiej? nie. sądzę.
jadę sobie na zakład pracy w ten rześki jak bura derka poranek pospieszną linią 401 ikarus w wersji kabriolet. konstruktorzy tego zdumiewająco pięknego multiosobowego automobilu odznaczyli się daleko idącą roztropnością pozostawiając wokół trzech par drzwi kunsztownie rzeźbione otwory na przestrzał. (przestrzał także podróżować musi komunikacją zbiorową, wiadomo.) korzystając z tego udogodnienia wiatr oraz ziąb śmiało sobie poczynają wewnątrz. otwarte okno nie robi juz zatem na mnie większego wrażenia, doprawdy.
    
ogólnie zimą trudniej jest być stylową gdyż występuje ciągłe niedopasowanie elementów garderoby do siebie. torebka nie schodzi się z kurtką, do kozaków pasuje tylko jedna para spodni, a pod kurtkę wchodzi tylko jeden sweter. dni roboczych jest natomiast pięć, co oznacza pięć poranków ze wzrokiem utkwionym tępo w szafę. a tam nic. aaaaaaa garderobianą zatrudnię od zaraz.
(właściwie to każdy wysiłek w tym zakresie wydaje mi się zgoła bezużyteczny. clue tkwi bowiem w odzieży wierzchniej, a ta – wyjaśnijmy to sobie – ma gustowne zdjęcia w albumie rodzinnym podpisane ja-przed-maturą.) 

efekt końcowy każdego zimowego zabiegu to ja jako odzieżowo-akcesoryjne puzzle. do stałej liczby inwentarza dochodzi bowiem cały korowód rozmaitych galanteryjnych udogodnień: czapka, szalik, rękawiczki – lewa i prawa, ma się rozumieć, za nieparzysty komplet punktów nie ma – sweter, ocieplacz, dodatkowe skarpetki, druga para rajtek. rozpakowanie się z tego zajmuje po przyjściu do domu dobre 6 minut. a robienie tego w ciasnej szatni lawirując na mokrej od brudnych resztek śniegu podłodze wśród zbyt wielu popychających się dziewcząt należy już do szczególnych przyjemności, które w swojej ofercie ma ta kurwa zima, magiczna pora roku jej mać.

poczyniłam kalkulację, z której wynika, że do okresu ustabilizowanego ciepła wciąż jeszcze wiele dni. tak ze sto na oko. kwiecień nie wchodzi do letniej rachuby gdyż juz dawno pokurwieniec udowodnił na jakie to niewybredne żarty go stać. wielkanoc w śniegu. nie jestem fanką na fejsbuku. stąd kwiecień ma w ryj i się nie bawi.
chyba sobie kupię trzy kalendarze adwentowe i z pomocą spinaczy biurowych oraz plastykowego kwiecia przerobię na słodkie-wiosny-oczekiwanie. no strzał w dziesiątkę.    

aha, zapomniałabym. zima to taki szczególny okres kiedy mam ochotę wszystkim narciarzom nogi pourywać, zawsze mi się bowiem wydaje, że to przez nich ten śnieg tak napierdala, żeby se mogli z tej górki. i inne tam białe szaleństwa. dyktat płozonogich moje niedoczekanie!

a ku ku.

1 komentarz

no, to by było na tyle tego nie bycia. nowy rok, ten sam nowy blog czy
jakoś tak to szło w tej starej skandynawskiej pieśni. liczę, że tym
razem będzie lepiej. więcej notek. więcej komentarzeńków.

trochę mnie tu nie było, zaglądam w zakładkę szablony a tam co? TO SAMO. widzę, że w kwesti estetyki blog.pl kontynuuje linie konserwatywno-zachowawczą. chyba, że wyszli z założenia, że uzytkowniczkom i użytkownikom wystarczy oczojebna konstelacja samego serwisu, kto tam by się przejmował czytającymi, conie.

w kwestii samego nowego roku. wyznam, że nie specjalnie się tym wydarzeniem przejęłam. może to dlatego, że nie odczuwam czasu liniowo, tylko bardziej tak jakoś – czy ja wiem – elipsoidalnie? w sensie, że czuję to jak taśmę co się przewija między szpulami. ogólnie wraca do początku, ale i tak gra to samo. nie ma więc o co się tak zżymać, za rok znów będzie nowy rok, wzrośnie popyt na autosugestię, że tym-razem-będzie-inaczej.

coś bym jeszcze napisała, ale mam tu tzw. obowiązek, co mnie goni. w obliczu nieuchronnego to nawet i mycie garów staję się przyjemnością, każda najprostsza czynność zajeżdza z nienacka nirwaną i z ogromną sympatią myśli się nagle o układaiu ręczników w szafie podług rozmiarówki i kolorystyki. lub o odkurzeniu zapejęczałych kątów.

aha. hasło pamiętałam tylko dlatego, że to jest to samo hasło co zawsze
do wszystkiego. jestem bowiem imaginacyjnie leniwa i używam zawsze tego
samego zestawu. teraz możecie mi zrobić włam i napisać na błyszcząco
„kocham posła palikota”. od razu jednak zaznaczę, że nie zrobi to na mnie wrażenia.

koniec

1 komentarz

…i kropka.

koniec

Brak komentarzy

…i kropka.

przychodzi taki moment w zyciu, kiedy wydaje nam sie, ze wiemy skad wieje i po co. ze kiedy idac w tłumie troche pod prad, patrzac jak nadchodzacy z naprzeciwka ludzie sie rozstepuja myślimy, ze wieje w dobre zagle. bo w nasze. ze góra.

a potem.
potem przychodzi sie zadumać. wesprzeć głowe na dłoni, która opada i spojrzeć przed siebie. w coś. w  kogoś. i stanać oko w oko, nos w nos z nowym wyzwaniem.
bo co jeśli cała dotychczasowa nomenklatura drzy w posadach, niebezbiecznie sie chwieje jak pijany na wietrze, jak hipopotam na cyrkowej linie, jak prezydent w charkowie.
bo co jeśli dotychczasowy system miar i wag, tak przytulny i sprawnie działajacy od lat wielu, tak jasny i wyraźny jak kompas, wskazujacy z dokładnościa co do azumuta północ i południe nawet najbardziej zagmatwanej rzeczywistości, co jeśli ów schemat is no longer valid, sie zdewaluował besitialsko, zostawiajac nas na pastwe nowego losu, przepaścistego i bezbrzeznego, z walacym sercem i odbijajacym sie od skroni upartym pytaniem o zasadność skoku. co wóczas.

do tej pory, do wczoraj, do dziś rano, jeszcze pieć minut temu, byłam pewna, ze wiem, kto i jak mi. kiedy, gdzie i po co komu. wiedziałam swoje, nie tak znowu dawno odkryte i na nim stałam.
a teraz.
teraz dziś właśnie w tej chwili, wiem, ze jest na pewno bez watpienia dalej, głebiej, mocniej. i tam ide.

to nie wiersz.

1 komentarz

i spójrz. na mnie. we mnie.
dotknij, pogładź, połaskocz.

daj siebie poczuć. przy mnie. na mnie. we mnie.
oszołom mnie soba
otumań
obezwładnij

daj mi całego siebie i nic mi nie dawaj.
nie przychodź jak  wołam i badź zawsze blisko.
zdejmij gwiazdke z nieba
owiń w szeleszcacy papier i ukryj, zebym nie mogła znaleźć, ale potrzebowała szukać.

daj sie przyłapać jak wachasz mój szalik, bo myślisz, ze nikt nie widzi.
na zbyt długim spojrzeniu zbyt miekkim, zbyt melancholijnym.

ukołysz mnie
uśpij moja czujność
zwódź na pokuszenie
sprowadź na manowce

pozwól godzinami patrzyć sie na siebie w zachwycie
zgadnać ile masz rzes na lewej powiece
co jadłeś w zeszłym tygodniu na obiad
i dokad zmierzasz.

bierz mnie taka jaka jestem
na rece
na zakupy
od tyłu.

tzymaj za reke
za słowo
na dystans.

rozpedz sie ze mna
w dół kolorowym wzgórzem
na złamanie karku
na przekór
na przełaj
na zawsze
do jutra.

patrze w lustro i widze ciebie.

m: podaj mi sól.
ja: uuu, jesteeem paszteteem, paszteeetem, buuu.
m: pasztecie podaj mi sól prosze.

jaka ma wage banalna akcja wykreowania nowego taga na pewnym portalu spolecznosciowo-towarzyskim?
zdecydowanie niebanalna.

ile jest siły w mozliwości dzielenia prozaicznego aktu rebeldii, choćby nawet i naciaganej, z druga kobieta! powstaje przekonanie, ze droga miedzy nami jest szalenie krótka. zaczyna sie od cześć jestem magda i lubie czytać to co piszesz. i trwa nieraz całe zycie.

po sieci krazy miliard zabawnych historyjek oralno-graficznych o tym, ze jak sie spotyka dwóch chłopców mówi sobie siema, a jak dwie dziewczyny to sie lustruja od stóp do głów. ten cały cyrk stepia nasza wrazliwość, przekupia nas głucho dzwoniacymi srebrnikami, ze WOLNOŚĆ jest gdzie indziej.

a WOLNOŚĆ to najkrótsza droga miedzy dwoma kobietami.

jestem absolutnie pewna, bez cienia afektacji, ze bez otaczajacych mnie kobiet przestałabym istnieć. gdyby nie sieć runełabym na ziemie przy pierwszym kroku, nie sprostała zadnej wiekszej przeszkodzie. wiem tez, ze gdyby wszystkie, absolutnie wszystkie kobiety tego świata podałby sobie reke to nie byłoby wiecej ani głodu, ani wojen, ani zametu. i boli mnie bardzo, ze wiem, ze tak sie nie stanie. bo pracowały na to stulecia, tysiaclecia opresji.

zatem tym wieksza wage ma dziś przez pół godziny stworzyć siedem tagów. tak, to symulakr prawdziwej wolności i rewolty, ale jego znaczenie, jest jak najbardziej namacalne. to to dziwne uczucie, które masz w środku, uczucie, ze mozesz absolutnie wszystko. które predko zgaśnie. ale wróci. nie raz jeszcze. az w końcu bedziesz umiała je nazwać.

jedynie dziś poczułam sie skołowana, zmeczona, osaczona, zirytowana, sfrustrowana, zawiedziona w przeciagu dwóch godzin. ale to nic, zupełnie nic, bo jutro z autobusu wysiadzie filigranowa kobieta, w która opadne z ufnościa jak w poduszke i dzieki temu zadne z tych odczuć nie dotkneło mnie przesadnie. i  to nie ma ceny. nawet sto spotkań z mezczyzna mojego zycia tego nie przebije, wiec nie zamienie tego nawet na jedno. nie oddam tej siły. która płynie z obecności innej kobiety obok. z jej akceptacji. zawsze. i w kazdej sytuacji. 

i nie dbam o to, ze nazwa mnie za te uproszczenia wariatka i radykałka, bo wiem, bo czuje sile. i to wyznacza mi jedyny słuszny kierunek. zawsze.

sa ludzie, którzy zawsze widza wszystko jasno i wyraźnie, wiedza gdzie
kij i co na nim wisi oraz w jakim celu. ja nie. ja co najwyzej mam
przebłyski. chwilowe. coś tam po lebkach kiedyś siorbnełam i bardziej
jestem z tradycji czarnego golfu i petunia, niz rzecziwistego układania
sie w całość.

i bujam sie tak od smutku do uniesienia, wszystko w przeciagu pieciu minut.
czy dobre decyzje to na pewno dobre decyzje, jeśli wynik działania jest ujemny? czy pewność jest wystarczajacym barometrem? w końcu krzywdzac innych, takze sie autokrzywdzimy. lecz jednak.

gdy sie samej popełnia błedy, sprawiedliwie jest pozwalać je popełniać innym. z czystym sumieniem nie moge przeciez rzucić kamieniem. skoro mi pozwolono, dano druga szanse, powinnam umieć ten przywilej zwrócić. zyby była w świecie harmonia i równowaga. chociazby po to. ale przeciez.

wiem, ze to co czuje, czuje to wyraznie. i nie moge przejść po tym, przejechać walcem. tak po swoim, jak i po cudzym. trzeba umieć dokonywać wyborów, bo inaczej, inaczej nie bedzie sie miało nigdy nic naprawde. mieć wszystko na raz, bowiem, to jak nigdy nic nie mieć.
i jasne, ze sie bładzi, ze krzywdzi, ze wypiera. ale kiedyś w końcu sie rozumie. ze czas przyjść i schylić głowe z pokora. i oddać sie w czyjaś łaske. bo mea culpa, mea est. i nie bede jej juz wiecej podrzucać do cudzego gniazda, ani wysyłać w podróz z biletem w jedna strone. to trudne, ale wiele mozna wygrać. własna wolność.

i bujam sie tak od smutku do uniesienia.


  • RSS